Pobyt w odległości czterdziestu mil od stolicy, w warunkach tak kontrastujących ze wszystkimi awantaża-mi, jakie łączy w sobie najprzyjemniejsze miasto świata, zmiękcza w końcowym wyniku większość wygnanych, przyzwyczajonych od dzieciństwa do uroków życia w Paryżu. W wilię dnia, w którym Benjamin Constant miał wygłosić swoje przemówienie, gościłam u siebie Lucjana i Józefa Bonaparte, panów de Talleyrand, Roede-rera, Regnaulta de Saint-Jean-d\'Angely* i jeszcze wielu innych, z którymi rozmowa budzi wciąż nowe zainteresowanie dzięki żywości ich myśli i darowi słowa. Wszyscy, prócz Lucjana chodzili na język angielski, znużeni wygnaniem, na jakie skazał ich Dyrektoriat, zamierzali służyć nowemu rządowi, żądając od niego jedynie, by dobrze wynagrodził ich oddanie. Benjamin Constant podszedł do mnie i powiedział cicho: W salonie pani jest dziś pełno osób, które się pani podobają. Jeśli wygłoszę przemówienie i postawi mnie ono w szeregach opozycji, jutro salon ten opustoszeje. Niech się pani nad tym zastanowi. Trzeba postępować zgodnie z przekonaniami — odpowiedziałam. | |
|